BIULETYN INFORMACYJNY
OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH

Zapisz się na newsletter

Artykuły powrót
12 Październik 2015

Lubelski akcent obchodów ŚDZP w Katowicach

W bogatym programie śląskich obchodów Światowego Dnia Zdrowia Psychicznego znalazła się w tym roku m.in. przeprowadzona dnia 8 października w Sali Sejmu Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego Konferencja „Przezwyciężyć kryzys psychiczny”.

Wziąłem w niej udział wraz z Prezesem Lubelskiego Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Psychicznego doktorem Arturem Kochańskim. Zamieszczone poniżej świadectwo zdrowienia to tekst mojego wystąpienia na tej, przeprowadzonej z czynnym udziałem osób chorujących i specjalistów, konferencji.

ZDROWIENIE – TRUDNA DECYZJA

Nawiązując do tytułu wystąpienia mojej poprzedniczki, chciałbym w swojej wypowiedzi zaakcentować przede wszystkim, iż bierne poddanie się leczeniu nie wystarczy. Stwierdzenie powyższe opieram na swoim długoletnim doświadczeniu pacjenta i nieco krótszym doświadczeniu efektywnego zdrowienia, na które wpływ miało niewątpliwie poddanie się zalecanym przez lekarzy specjalistów rygorom: systematyczne przyjmowanie leków psychotropowych, utrzymywanie kontaktu z lekarzem. Dzięki utrzymaniu owej dyscypliny leczenia udawało mi się długo funkcjonować niemal poprawnie – uniknąć przez ponad 20 lat konieczności hospitalizacji, odnieść pewne sukcesy w zakresie nabywania wykształcenia i w działalności społecznej.

Poprawne funkcjonowanie nie było jednak szczytem moich marzeń ze względu na kryterium, jakim jest w miarę możliwości pełny powrót do zdrowia psychicznego. Lata cierpliwego przyjmowania leków, podejmowania pewnej aktywności życiowej (kończenie studiów, praca na działce, działalność polityczna, w rezultacie której zostałem radnym Rady Miejskiej w Lublinie) niczego nie zmieniały w mojej sytuacji życiowej: czułem się ograniczony chorobą. Sytuację tę zmieniło podjęte przeze mnie postanowienie uczynienia wszystkiego, co zależy ode mnie, aby móc cieszyć się wartościowym, aktywnym, pełnym życiem – życiem osoby zdrowej. Ta podjęta ongiś decyzja konkretyzowała się w szeregu decyzji cząstkowych: o wczesnym wstawaniu, o uprawianiu sportu i podejmowaniu aktywności fizycznej, o poszukiwaniu zatrudnienia.

Ponieważ te ponawiane uporczywie wysiłki przyniosły oczekiwane rezultaty, chciałbym z Państwem podzielić się swoimi przemyśleniami na temat twórczej roli czynnika osobistej decyzji w procesie zdrowienia.

Rola marzeń, planów i aspiracji w procesie zdrowienia. Jako osoba chorująca na wszystkich niemal etapach swojej choroby nosiłem w sobie dojmujące pragnienie normalnego życia. Równie prawdziwym byłoby twierdzenie, że pragnąłem powrotu do pełni zdrowia psychicznego, ale drugie z wymienionych pragnień wydawało się być słabiej przekładalne na język konkretu życiowego. Nosiłem zatem w sobie marzenie o założeniu rodziny, utrzymywaniu się z własnej pracy, spełnieniu się na drodze wielorakiej aktywności – np. społecznej, poetyckiej czy dziennikarskiej. Tylko posiadając marzenia stanąć mogłem przed szansą przełamania „zaklętego kręgu” choroby, która wydawała się determinować duchowy i społeczny kształt mojej egzystencji. Posiadane marzenia, konstruowane plany życiowe, stawiane cele są przecież tym, co mobilizuje do działania. Posiadanie wielowymiarowej wizji szczęścia, choćby wiązała się z uprawianiem małego prywatnego hobby, rozwojem zainteresowań nie przynoszących jakiejkolwiek gratyfikacji, ale rodzących satysfakcję, kształtuje poczucie sensu życia, sprzyja powrotowi do zdrowia.

Decyzja osoby chorującej jako warunek zdrowienia. Nosząc w sobie wiele takich tęsknot, pragnień, wyobrażeń o przyszłości, byłem przez lata w posiadaniu potencjału – wizji własnego szczęścia, która jednak nie wykazywała tendencji do stania się rzeczywistością. Wbrew moim ówczesnym oczekiwaniom, upragnione szczęście nie chciało się spełnić samoistnie, zaś jego idealna wizja pozwalała mi niekiedy jedynie na ucieczkę od rzeczywistości. Mógłbym tutaj powoływać się na wiele uwarunkowanych chorobą przyczyn takiego stanu rzeczy. Myślę jednak, iż zasadniczym źródłem takiej duchowej inercji był fakt, iż to ja sam godziłem się, by moje najskrytsze marzenia nigdy nie stały się rzeczywistością. Tak więc funkcjonowały one zupełnie niezależnie od dotykającej mnie choroby.

Pisząc o owym trudnym etapie swojego życia chciałbym zaznaczyć, iż w obecnym jego momencie osiągnąłem wiele spośród celów, pierwotnie uważanych za wyznaczniki szczęścia: wstąpienie w związek małżeński, podjęcie pracy zawodowej na wolnym rynku pracy, rozwój talentów owocujący wydaniem dwóch na razie tomików poetyckich i kilkuletnim już wolontariatem w Lubelskim Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych w charakterze dziennikarza. Tym, co umożliwiło mi osiągnięcie postępu na drodze do samorealizacji i zdrowienia była podjęta w trudnych i niesprzyjających warunkach choroby decyzja.

Nazbyt łatwo jest mówić, iż zdrowienie osoby chorującej zależy przede wszystkim od jej indywidualnej woli, o ile nie dopowie się, że chodzić tu musi o decyzję przebycia długiej drogi do zdrowienia, zakładającej ciągłość przyjmowania leków, troskę o zachowywanie higieny psychicznej i… wierność marzeniom. Wiem, aż nadto dobrze, że tak dla mnie, jak dla wielu osób chorujących stawianie własnych celów i efektywna ich realizacja uwarunkowana jest całym splotem czynników chorobowych (lęki, niezrozumienie ze strony otoczenia, trudności w komunikacji). Chciałbym jednak z całym naciskiem podkreślić, iż decyzja musi zostać podjęta.

Tylko podejmując się wieloetapowej realizacji programu zdrowienia – ujmując wielowymiarową wizję własnej aktywności i szczęścia właśnie jako program – można cokolwiek z tego programu zrealizować.

Moralny imperatyw zdrowienia. Mówiłem wyżej o równoległym wobec posiadanej wizji szczęścia funkcjonowaniu dynamizmów wyznaczonych przez chorobę. Byłbym referentem bardzo nierzetelnym, gdybym nie ujawnił tych delikatnych momentów, które pozwoliły mi przekuć idealne (do pewnego momentu: wręcz odczuwane jako abstrakcyjne) pragnienia na konkretny program życia. Najważniejszy z nich dotyczy sumienia. Jestem zdania, że osoba chorująca posiada moralny obowiązek uczynienia wszystkiego, co w jej mocy, aby wyzwolić się z uwarunkowań, które narzuca jej choroba psychiczna. Nie neguję tutaj całego ciężaru dotykającego taką osobę cierpienia, ani realności przeżywanej przez Nią choroby. Jako istota rozumna i wolna może jednak uczynić wiele – i to na każdym etapie swojej choroby/swojego zdrowienia, by pokonać zniewalające Ją ograniczenia. Może odkryć w sobie taką przestrzeń duchową, w której zawarte są potencjały uzdalniające do sensownego działania. Może zadbać o to, aby formułowany przez Nią z obowiązku sumienia program życia nie był programem alienującym, ale przynosił głęboką wewnętrzną satysfakcję.

Można oczywiście – i osoba chorująca narażona jest na taką pokusę – poddawać się bierności i frustracji, tłumaczyć (stale) późne wstawanie depresją, niepodejmowanie pracy – niezdolnością do jej wykonywania, brak zaangażowania w obowiązki domowe – pilniejszymi zajęciami, zaś wyobcowanie z życia towarzyskiego – kompleksami. Można jednak też uznać zmianę takiego stanu rzeczy za imperatyw sumienia i podjąć próbę wypracowania w sobie takich nastawień, swoistego dystansu do siebie i swojej życiowej sytuacji, które pozwolą w tym zakresie na podjęcie jakiejś aktywności.

Jakkolwiek z perspektywy czasu – swojego wieloletniego unikania pracy zawodowej nie waham się nazywać po części lenistwem, zaś swojej niezdolności do znalezienia się na gruncie towarzyskim – po części przesądem, to zdaję sobie sprawę, iż droga od podjęcia decyzji do jej realizacji może być drogą długą i trudną. Może ona zostać odkryta i przebyta tylko przez samą osobę zainteresowaną. Chciałbym w każdym razie ujawnić te specyficzne momenty, które zadecydowały o mojej zdolności podążania tą właśnie drogą.

Trudne początki. Podjęcie właściwej decyzji – można ją nazwać decyzją uczynienia ze swoim życiem czegoś sensownego – to oczywiście punkt wyjścia. Najbardziej pożądanym sojusznikiem na drodze do zdrowienia jest konieczny upór – determinacja zmierzająca do osiągnięcia satysfakcji z dokonanego dzieła. Na drodze do realizacji najszczytniejszych celów mogą się wszakże pojawić – i w moim życiu pojawiały się – trudne do pokonania przeszkody. Pamiętam ten początkowy etap swojego zdrowienia, kiedy z depresyjnej pułapki – niezdolności do wstawania z łóżka o wczesnej godzinie – usiłowałem wyjść „na siłę”. Taką drogę do przezwyciężenia depresji: wczesne wstawanie nawet wbrew samemu sobie – wieńczyć mógł jedynie połowiczny sukces. Udawało się wstawać wcześniej – o godz. 6.00 przez pewien okres czasu, nie udawało się natomiast pokonać zrodzonej pod wpływem takiego działania frustracji, zmęczenia i rozdrażnienia. Tamte próby wyjścia z podyktowanych chorobą uwarunkowań oceniam dziś jako cenne doświadczenia. Dalej idący sukces – przekształcenie rannego wstawania w trwały nawyk nadejść zaś miał dopiero w obliczu zastosowania swoistej praktyki samowychowawczej: nagradzania siebie samego za pokonanie tych, drobnych w istocie kroczków do normalnego życia poprzez bardziej przychylne myślenie o sobie samym – pozwolenie sobie na bardziej pozytywną samoocenę. W ślad za taką afirmacją samego siebie szła zaś nieco bardziej pozytywna wizja świata. Z konkretnych wysiłków, wspartych satysfakcją z ich podjęcia – rodził się wykuwany z trudem optymizm.

Pora już może wyjaśnić, iż takie zmaganie się o pozytywną wizję świata – dostrzeganie jego pozytywnych, budzących Nadzieję cech – nie jest i nie może być nigdy procesem zakończonym. Ponieważ jednak sukces na tej drodze jest możliwy – w miarę hartowania się poprzez podejmowanie kolejnych „drobnych kroczków” – zmieniała się moja sytuacja życiowa.

Konieczność pójścia „pod prąd”. Tym, co ważne w perspektywie mojego zdrowienia jest fakt, że najbardziej doniosłe w skutkach decyzje podjąć musiałem niejako wbrew wszystkiemu, co przez wiele lat mówić zdawała się moja choroba. Wydawało mi się wszak przez długie lata, że z powodu takich czy innych trudności pracy podjąć nie jestem w stanie. Brak większych doświadczeń na niwie towarzyskiej (choroba „dopadła mnie”, gdy miałem 18 lat) zdawał się sugerować niezdolność do znalezienia się w związku małżeńskim, sączący się zaś do duszy pesymizm stawiał przeszkody na drodze do twórczego rozwoju talentów. Ten głos choroby niekoniecznie był głosem otoczenia; moja nieżyjąca już Mama delikatnie popychała mnie niekiedy ku myśleniu o przyszłej pracy zawodowej. To ja sam uznawałem, że moim przeznaczeniem jest bierność. Podjęta zatem decyzja pójść musiała wbrew utartym nawykom myślowym, lękom i przesądom.

Stawiając sobie ów ciągle dla mnie doniosły cel, jakim jest powrót do pełni zdrowia psychicznego, unikać musiałem innych jeszcze niebezpieczeństw. Pierwsze z nich określiłbym jako niebezpieczeństwo ekstremizmu w zakresie podejmowanych decyzji. Mam na myśli owo podyktowane chorobą i właściwe wcześniejszym etapom mojego jej przeżywania, niekontrolowane przeświadczenie, że pokonanie choroby może być dziełem jakiegoś jednorazowego działania. „Wyzdrowieję, kiedy będę chodził na siłownię, kiedy będę jadł więcej czekolady, kiedy pójdę do pracy, kiedy odstawię leki, kiedy poznam dziewczynę” – wydawała się kusić choroba. Były to wizje złudne, zaś próba odstawienia leków bez porozumienia z lekarzem prowadzącym skończyła się hospitalizacją.

Inne spośród niebezpieczeństw, podobnie jak pierwsze będące dziedzictwem choroby, polega na pokusie katastroficznego generalizowania. Na trudnej drodze do zdrowienia zdarzają się bowiem momenty zrobienia kroku w tył. Nie są to konkretnie momenty doznanych niepowodzeń życiowych (te ostatnie zdarzają się wszak na równi osobom zdrowym i chorującym), ale momenty naszej reakcji na niepowodzenia. Pokusa zniechęcenia też nieobcą bywa osobom zdrowym, ale w wypadku osoby chorującej stawką w grze o jej pokonanie jest sukces na drodze zdrowienia. Generalizowanie zaś – to właśnie pokusa uznania porażki dotykającej mnie w jakimś momencie za nieuchronne prawidło życia. Podobny katastrofizm godzić też może w innych ludzi, o ile z jakichś trudnych doświadczeń zrodzonych z relacji z drugim człowiekiem wywodzimy negatywną ocenę wszystkich w ogóle otaczających nas ludzi.

Samoakceptacja jako fundament właściwych decyzji. O ile podjęta przez osobę chorującą decyzja o zdrowieniu ma zostać wcielona w czyn, osoba ta musi stać się niejako opiekunem samej siebie. Mam tu na myśli wniknięcie w swoje najgłębsze potrzeby, pragnienia i uczucia, zakładające przede wszystkim akceptację samego siebie. Dopiero utożsamiwszy się niejako z sobą samym, przyjąwszy własne marzenia jako godny realizacji cel, odkryć możemy wiele spośród konkretnych wymogów higieny psychicznej, których zachowanie jest naszą potrzebą i obowiązkiem. Osoba zdrowiejąca jest powołana do kierowania samą sobą, także do minimalizowania kosztów psychicznych związanych z podejmowaniem decyzji, czyli do asertywności. Wiem dobrze, ile razy pomogło mi (także w stosunkach pracowniczych) ograniczenie składanych na siebie samego ciężarów, pewien realizm w podejmowaniu zobowiązań.

W konkretnych warunkach życia, które przecież nikogo nie chroni przed stresem, osoba chorująca może ocalić swój ideał i program zdrowienia oraz szczęścia osobistego tylko będąc przyjacielem siebie samej. Ów sprawowany nad własnym zdrowieniem autopatronat jest warunkiem koniecznym szczęścia – nakierowany jest bowiem na tego szczęścia osiągnięcie. Jest on zatem godziwym źródłem satysfakcji, która w moim przypadku przybiera kształt satysfakcji ze spędzonych wspólnie z żoną lat, wydanych książek, sukcesów na niwie poetyckiej, przydatności w pracy.

Zdrowienie – drogą do samorealizacji w obszarze wyższych wartości. Zarysowana przeze mnie wizja zdrowienia nie byłaby autentyczną – tzn. ani możliwą do realizacji, ani pełną, gdyby nie opierała się na fundamencie moralnym. Może dzięki studiom w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim zdaję sobie sprawę, że wiele spośród aspektów zdrowienia osoby chorującej zależnych jest od poszanowania przez Nią tych prawd i wartości, których afirmacja przynosi Jej poczucie sensu życia, spełnionego obowiązku, wspólnoty z innymi ludźmi i szacunku dla siebie samej. W aspekcie normatywnym Jej zdrowieniu sprzyja zachowanie społeczno-moralnych zasad solidarności i pomocniczości. Nie są to zasady konfesyjne, ale zapisane w naturze człowieka. Skoro związany jestem obowiązkiem solidarności wobec innych ludzi, to nie mam powodu do lęków, że podejmowany trud zdrowienia – większego zaangażowania się w życie wspólnotowe – będzie trudem daremnym. Jednocześnie – jako osoba chorująca – jestem podmiotem zasady pomocniczości. Mam prawo korzystać z pomocy innych ludzi – w takim jednak jedynie zakresie, który warunkuje osiągnięcie przeze mnie życiowej samodzielności. Jako osoba jestem powołany do wnoszenia wkładu w dobro wspólne społeczności i źródłem ogromnej satysfakcji jest dla mnie fakt, że mogę to czynić na miarę swoich talentów i powołań. Najbardziej fundamentalna z zasad, o których mowa – zasada miłości społecznej – to przecież kryterium, którego realizacja stanowi nie tylko o szansach powrotu osoby chorującej do bardziej aktywnego życia. Nie tylko chroni przed katastroficznym generalizowaniem i innymi niebezpieczeństwami na drodze do zdrowienia, ale mocno osadzając osobę we wspólnocie – daje Jej poczucie sensu życia we wspólnocie i moc potrzebną do ponoszenia niezbędnych w perspektywie życia wspólnotowego ciężarów.

Rola lekarza specjalisty. Pytania o przyczyny, uwarunkowania i przebieg choroby psychicznej, o czynniki sprzyjające zdrowiu psychicznemu i jego definicję zwykliśmy zadawać psychiatrom. Konkretną wizję zdrowia psychicznego – program jego osiągnięcia i zachowania – może posiadać jedynie pacjent. Tylko On może podjąć się przebycia dalekiej drogi prowadzącej od kryzysu – uwikłania w lęki, poddania się poczuciu niskiej wartości, smutku i zobojętnienia – do życia w pełni satysfakcjonującego, wypełnionego planami życiowymi, obfitującego w radości dnia codziennego i w poczucie bezpieczeństwa płynącego z zakorzenienia we wspólnocie osób.

Nie jest oczywiście moją intencją głoszenie samowystarczalności osoby chorującej na drodze do zdrowienia. Bez systematycznego przyjmowania leków psychotropowych, dobrego kontaktu z lekarzem prowadzącym, ostatnio zaś – wykorzystania dostępnych form psychoterapii – proces mojego zdrowienia nie mógłby się rozpocząć, a w każdym razie niewiele posunąłby się naprzód. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu pacjentów lekarz specjalista jawi się jako jedyna w ogóle bliska i godna zaufania osoba. Myślę jednak, iż trudnej (często niemożliwej) do zastąpienia roli psychiatrii, w tym psychiatrii środowiskowej, doszukiwać się należy przede wszystkim w kształtowaniu u podopiecznych postawy akceptacji samych siebie, większego zaufania we własne siły, a także poczucia własnej wartości. Pomagając pacjentowi rozpoznawać i samodzielnie usuwać przeszkody na drodze do afirmacji siebie, drugich i świata lekarz doprowadza Go niejako do punktu, w którym może rozpocząć się start na drodze do zdrowienia.

Gdzie zatem leży przyczyna faktu, iż pomimo analogicznego zaangażowania lekarzy, wielu pacjentów tkwi przez lata w tym samym, zdeterminowanym przez chorobę punkcie swojego życia? Nie wchodząc tutaj w kwestię istnienia wielu, szeroko lekarzom psychiatrom znanych przyczyn takiego stanu rzeczy, chciałem w swojej wypowiedzi skoncentrować się na zaangażowaniu samego pacjenta. Myślę, iż czynnikiem warunkującym efektywne wyjście z kryzysu psychicznego są przede wszystkim marzenia, plany życiowe, aspiracje osoby kryzysem tym dotkniętej – Jej tylko właściwa wizja życia.

Zygmunt Marek Miszczak

PRAWA

Copyright Ⓒ 2011 - 2016 LFOON-SW

Administrator 2011 - 2016 Mateusz Urbański